Kiedy ostatnio zrobiłeś coś tylko dlatego, że naprawdę tego chciałeś?
Nie dlatego, że od początku lutego z każdej strony atakują Cię czerwone serduszka?
Walentynki.
Róże. Czekoladki. Pluszowe misie. Kolacja „dla dwojga”. Obowiązkowe zdjęcie na Instagramie.
I reklama, która delikatnie sugeruje: jeśli 14 lutego nie kupisz czegoś wyjątkowego – kochasz za mało.
Tylko że z miłością ma to coraz mniej wspólnego.
Kiedy święto staje się produktem
Żyjemy w kulturze, która potrafi wziąć dowolną okazję i zrobić z niej sezon wyprzedażowy.
Halloween. Walentynki. Black Friday. Kolejny „dzień czegoś”, który istnieje głównie po to, żebyśmy mieli powód do zakupów.
Nie chodzi o to, żeby obrażać ludzi, którzy lubią Walentynki.
Chodzi o coś ważniejszego.
Czy naprawdę musimy pożyczać gotowe sposoby świętowania, skoro własna kultura ma ich tyle?

Czerwona komercja kontra ogień i woda
Współczesne Walentynki niemal nic nie mają wspólnego z dawnymi europejskimi tradycjami związanymi z miłością, płodnością czy nadejściem lata.
Dzisiaj 14 lutego = zakupy.
Kwiaty. Czekolada. Prezent. Restauracja. Promocja „dla zakochanych”.
I wszystko najlepiej kupione z wyprzedzeniem, bo miłość też ma termin ważności.
A jak wyglądało to dawniej?
Na ziemiach słowiańskich istniały obrzędy, w których bliskość ludzi była częścią większego rytmu natury.
Najbardziej znanym przykładem jest Noc Kupały – święto letniego przesilenia, ognia, wody, płodności i relacji między ludźmi.
Zamiast czerwonego plakatu w dyskoncie – rzeki, ogniska, wianki i krótka, magiczna noc.
Zamiast kolejnego gadżetu – uczestnictwo.
Zamiast jednego dnia wymyślonego przez marketing – cały świat, który właśnie budził się do życia.
Chcesz zobaczyć, jak naprawdę wyglądały te obrzędy?
Przeczytaj: Noc Kupały – słowiańskie święto ognia, wody i miłości
To nie jest tylko „romantyczna zabawa przy ognisku”. To znacznie więcej.
Dziady zamiast plastikowej dyni

Ten sam schemat powtarza się jesienią.
Wchodzisz do sklepu pod koniec października i widzisz:
dynię, plastikowy szkielet, pajęczyny, nietoperze, kostiumy i obowiązkowe „cukierek albo psikus”.
Halloween samo w sobie nie jest złe.
Problem zaczyna się wtedy, gdy znamy Halloween… a nie znamy własnych tradycji.
Zanim pojawiły się plastikowe dynie
Bo zanim pojawiły się plastikowe dynie, na ziemiach słowiańskich obchodzono Dziady.
Święto związane z kultem przodków. Z przekonaniem, że w określonym czasie granica między światem żywych i zmarłych staje się szczególnie cienka.
Było miejsce na pamięć.
Była symbolika ognia.
Było jedzenie i rytuały.
Był szacunek dla tych, których już nie ma.
To zupełnie inny rodzaj „święta duchów” niż plastikowy szkielet na płocie.
Chcesz poznać prawdziwe znaczenie tego obrzędu?
Przeczytaj: Dziady – słowiańskie święto przodków, ognia i pamięci
Szybko okaże się, że rzeczywistość jest dużo ciekawsza niż popkulturowa wersja historii.
A co z Nowym Rokiem?

Tutaj robi się jeszcze ciekawiej.
1 stycznia.
Nowy kalendarz. Nowe postanowienia. Nowe życie.
„Od jutra rzucam palenie. Od jutra zaczynam ćwiczyć. Od jutra wszystko będzie inaczej.”
Tylko… dlaczego akurat 1 stycznia?
Czy 1 stycznia naprawdę oznacza początek?
Z punktu widzenia astronomii to nie jest żaden magiczny moment.
Rok to pełny obieg Ziemi wokół Słońca. Nie ma na nim kreski z napisem „START”.
Początek roku to decyzja kulturowa.
A 1 stycznia wypada w samym środku zimy.
Przyroda odpoczywa. Dni są krótkie. Temperatury spadają. Rośliny czekają.
A człowiek ma właśnie wtedy postanowić, że zaczyna nowe życie.
Może dlatego tak wiele noworocznych postanowień umiera jeszcze zanim zniknie styczeń?
Czy nasz kalendarz pasuje do rytmu natury?
Nie twierdzimy, że trzeba zmieniać kalendarz.
Ale warto zadać sobie pytanie:
czy nasz sposób mierzenia czasu naprawdę odpowiada rytmowi, w którym żyjemy?
Jeśli ten temat Cię zainteresował, zajrzyj do tekstu o Szczodrych Godach – dawnym święcie przesilenia zimowego.
To właśnie tam zaczyna się znacznie ciekawsza rozmowa o zimie, odradzającym się świetle i przejściu między etapami roku.
Przeczytaj: Od Szczodrych Godów do Bożego Narodzenia – co zostało ze słowiańskich tradycji?
Może problem nie leży w świętach?
I tu dochodzimy do sedna.
Nie chodzi o to, że Walentynki są złe.
Nie trzeba palić plastikowych dyń.
Nie trzeba wyrzucać kalendarza.
Nie trzeba udawać, że żyjemy w X wieku.
Można lubić Walentynki.
Można obchodzić Halloween.
Można czekać na sylwestrowy szampan.
Ale można też wiedzieć, co było przed nimi.
Nie chodzi o to, co nowe. Chodzi o to, czego zapomnieliśmy
Bo problemem nie jest to, że pojawiają się nowe zwyczaje.
Problemem jest sytuacja, w której nowe wypierają stare tak skutecznie, że przestajemy pamiętać, co właściwie było nasze.
A słowiańska kultura nie była nudna.
Były w niej ogień i woda. Lasy i rzeki. Przesilenia. Plony. Przodkowie.
Opowieści o bogach, demonach i duchach.
Rytuały związane z narodzinami, śmiercią, miłością, płodnością i zmianą pór roku.
To nie jest martwa historia.
To ogromny zbiór opowieści, które nadal można odkrywać.
To dopiero początek
Chcesz wejść głębiej?
Ten artykuł to dopiero początek.
Na blogu Largodes wracamy właśnie do tych historii – bez szkolnej nudy i bez udawania, że wszystko wiemy na pewno.
Piszemy o dawnych świętach, słowiańskich zwyczajach, symbolach, mitologii i tym, co przetrwało do dziś.
Jeśli spodobał Ci się ten tekst, zacznij od:
-
Nocy Kupały – ognia, wody, miłości i letniego przesilenia
-
słowiańskich tradycji dożynkowych – kiedy plony były czymś więcej niż dekoracją stołu
-
dawnych symboli i wierzeń, które do dziś pojawiają się w naszej kulturze
Może nie potrzebujemy kolejnego święta?
Bo być może nie potrzebujemy kolejnego święta wymyślonego przez marketing.
Być może wystarczy przypomnieć sobie te, o których po prostu przestaliśmy mówić.
A Walentynki?
Walentynki-sralentynki.
Kochaj, jeśli chcesz.
Daj kwiaty, jeśli masz ochotę.
Zabierz kogoś na kolację, jeśli sprawia Ci to przyjemność.
Tylko nie pozwól, żeby kasa fiskalna mówiła Ci, kiedy masz świętować miłość.
Komentarze: 0