Pojechałem do lokalnego pszczelarza po miód.
Nic wielkiego. Zwykły zakup.
Stojąc przy jego stole, zaczęliśmy rozmawiać. Najpierw o miodzie, później o pszczołach, a w końcu zeszło na wosk.
I właśnie ta rozmowa uruchomiła kolejny pomysł.
Wróciłem do domu, trochę o tym poczytałem, przemyślałem sprawę i następnego dnia pojechałem do niego jeszcze raz.
Tym razem nie po miód.
Po kilka kilogramów wosku pszczelego.
Skoro robię świeczniki, chcę zrobić też świece
Od jakiegoś czasu coraz bardziej przeszkadzało mi coś, na co wcześniej chyba nie zwracałem większej uwagi.
Zwykłe świece parafinowe.
Kopcenie. Osad na świeczniku. Zapach tak intensywny, że zamiast budować atmosferę, zaczyna dominować całe pomieszczenie.
I wtedy pomyślałem o swoich świecznikach.
Ręcznie robiona stal. Drewno. Naturalne materiały. Dużo pracy.
A do środka wkładamy przypadkową świecę z marketu.
Coś tu się nie zgadza.
To trochę tak, jakby zrobić ręcznie dębowy stół i przykryć go plastikowym obrusem.
Świecznik i świeca powinny być jednym kompletem. Nie tylko wizualnie — także pod względem tego, z czego zostały wykonane.
Wosk pszczeli od lokalnego pszczelarza
I tutaj wracamy do początku tej historii.
Do kilku kilogramów wosku, które przywiozłem od pszczelarza spod Zagrodna.
Wosk pszczeli ma coś, czego trudno szukać w przemysłowej parafinie. Charakter.
Naturalny, delikatny, lekko miodowy zapach. Nie potrzebuje mocnego aromatu, żeby być wyczuwalny.
Kiedy pali się odpowiednio przygotowana świeca z wosku pszczelego, płomień jest spokojny, a sam wosk tworzy zupełnie inny klimat niż typowa świeca zapachowa z marketu.
Nie kolejny mocny zapach, który wypełnia dom w pięć minut.
Światło. Ciepło. Delikatny zapach w tle.

Powietrze, którym chce się oddychać
Z parafiną jest jeszcze jeden problem, o którym rzadko myślimy przy zakupie — to w końcu uboczny produkt destylacji ropy naftowej. Palenie jej w zamkniętym pokoju przypomina palenie małego silnika.
Wosk pszczeli działa dokładnie odwrotnie.
Podczas palenia jonizuje powietrze ujemnie. W praktyce oznacza to, że pomaga neutralizować cząsteczki kurzu, alergeny, a nawet jonizację ze wszystkich sprzętów elektronicznych, którymi się otaczamy. Dymu nie ma wcale, a zamiast ciężkiego głowy od sztucznych kompozycji zapachowych, pojawia się czysta przestrzeń i delikatny, miodowo-propolisowy mikroklimat.
Dla mnie to nie jest tylko "funkcja zdrowotna" z ulotki. To po prostu fakt, że wchodzisz do pokoju i czujesz, że oddychasz czystym powietrzem, a nie syntetycznym odświeżaczem.
Dlaczego nie kupiłem gotowych świec od producenta
Mógłbym po prostu znaleźć producenta, zamówić kilka modeli i wrzucić je do sklepu.
Tylko że wtedy nie byłoby w tym nic mojego. A Largodes od początku nie powstaje w ten sposób.
Dlatego zrobiłem je sam.
Testowałem proporcje. Dobierałem knoty. Sprawdzałem, jak zachowuje się wosk — jak pali się przez godzinę, dwie, trzy, czy płomień jest stabilny i jak topi się w moich świecznikach.
Dobra świeca to nie tylko wosk wlany do formy. Trzeba jeszcze sprawić, żeby wszystko ze sobą działało.
Dwie pierwsze świece: Chors i Norny
Na początek powstały dwie wersje, dopasowane do istniejących świeczników.
Chors — klasyczna świeca stołowa. Prosta forma, naturalny materiał, płomień, który ma być częścią całej konstrukcji świecznika, a nie tylko czymś w niego włożonym.
Norny — tealighty, czyli mniejsze podgrzewacze do świecznika Norny. Kilka małych płomieni zamiast jednego dużego daje zupełnie inny efekt — stal zaczyna odbijać światło, drewno robi się cieplejsze, cienie zaczynają się poruszać.
Nie chcę, żeby świecznik był tylko przedmiotem stojącym na stole. Chcę, żeby po zapaleniu zaczynał żyć.
Od słoika miodu do pierwszej świecy
Najbardziej lubię w tej historii to, że nie zaczęła się od wielkiego planu.
Nie było strategii, spotkania ani tabelki.
Był pszczelarz. Słoik miodu. Rozmowa. Kilka kilogramów wosku. I myśl: a może zrobię własne świece?
Tak często zaczynają się rzeczy w Largodes — od materiału, rozmowy albo problemu, który zaczyna mnie drażnić. A później nie potrafię przestać o tym myśleć, dopóki nie zrobię pierwszego prototypu.
Świece, które pasują do historii Largodes
Largodes zaczęło się od stali i drewna. Wosk pszczeli jest naturalnym kolejnym krokiem.
Nie chodzi o to, żeby mieć w sklepie po prostu "świece". Chodzi o to, żeby stworzyć świece Largodes — takie, które pasują do drewna, do stali i do wieczoru spędzonego przy przygaszonym świetle. Takie, o których wiadomo, z czego powstały i skąd pochodzi ich podstawowy materiał.
Od lokalnego pszczelarza. Kilka kilogramów wosku. Pierwsze próby. Pierwsze płomienie.
Świece Largodes są już w sklepie — pierwsza, mała partia, dopasowana do świeczników Chors i Norny.
W skrócie
- Materiał: 100% wosk pszczeli od lokalnego pszczelarza spod Zagrodna (Dolny Śląsk), wolny od parafiny i chemicznych ulepszaczy.
- Zapach i klimat: Naturalny, lekko miodowy aromat. Palenie świecy ujemnie jonizuje powietrze, oczyszczając przestrzeń z kurzu i alergenów.
- Dwie wersje: Świeca stołowa Chors oraz tealighty Norny — zaprojektowane pod konkretne świeczniki z naszej pracowni, ale sprawdzą się doskonale również samodzielnie.
- Partia: Pierwsza, limitowana seria — kolejne kroki zależą od tego, jak sprawdzą się w Waszych domach.

Komentarze: 0